QIGONG – MÓJ ŻYCIOWY MISTRZ

 

Qigong i taichi – geneza

Podstawą wszelkiego życia była i jest energia: Hindusi nazwali ją prana, Hebrajczycy ruah, Grecy  pneuma, Polinezyjczycy mana, Japończycy ki  a Chińczycy  qi, (albo chi)*.

Rozpoznanie natury tej pra-energii, tego jak nasze ciała pobierają ją i karmią się nią, jak rozprowadzają wewnątrz organizmu, stało się mądrością Starożytnych. Jak wiemy, Chińczycy również badali tę naturalną siłę wypełniającą i przenikającą wszechświat. Studiowali i odkrywali wzajemne powiązania wszystkich elementów przyrody, a zwłaszcza ich związek z człowiekiem, dzięki czemu stworzyli głęboką wiedzę, którą stosowali w medycynie i związanej z nią, szeroko pojętej, kulturze chińskiej.

Większość z państwa, zapewne o tym wie lub słyszała. Ograniczę się jedynie, dla uporządkowania do krótkiego wyjaśnienia: Co to jest qigong i czym się różni od taichi, (lub taiji)*.

                    Zaczątkiem Qigong było odkrycie przez ludzi pierwotnych możliwości wykorzystania swojego oddechu, będącego formą energii, do różnych celów. Na przykład przekonali się, że łagodne chuchnięcie na ranę potrafi zmniejszyć ból, a wydanie gwałtownego okrzyku dodaje sił przy podnoszeniu czy przesuwaniu ciężkich przedmiotów, ( Wong Kiew Kitt, Qigong)

 

Co to jest Qigong ?

qi dosłownie oznacza ‘energię’, a gong ‘ sztukę’ lub ‘ćwiczenie’. Zatem qigong oznaczać będzie sztukę lub umiejętność posługiwania się energią. Są to ćwiczenia pobudzające stały przepływ qi, polegające na zharmonizowaniu trzech elementów w ciele psycho-fizycznym człowieka: ruchu, oddechu i umysłu.

Ćwiczenia taichi również bazują na takim połączeniu, mają one jednak dłuższą sekwencję ruchów. Ruchy te są wolne, by można było skupić się na przepływie energii.

Kiedy zapamiętany jest ciąg ruchów, czyli dana forma, ważniejsze dla nas staje się to, co się pod nią kryje, a głównie chodzi o utrzymanie stanu równowagi pomiędzy ciałem i umysłem, co już jest samo w sobie bardzo potrzebne oraz o to, co możemy dzięki temu jeszcze osiągnąć.

Sam qigong w swojej esencji, nie został wymyślony przez konkretną osobę lub grupę ludzi. Jest rezultatem tysięcy lat  doświadczeń mistrzów, lekarzy i mędrców pracujących nad wykorzystaniem energii kosmicznej do podstawowych celów i potrzeb człowieka. Przede wszystkim wspomaganie zdrowia i długowieczności, świadomego planowania czasu i płci poczynanego dziecka, rozwijanie zdolności umysłowych oraz osiąganie wyższych poziomów świadomości i uduchowienia. Z czasem pojawił się dodatkowy cel: doskonalenie siły wewnętrznej i zręczności w walce.

 Qigong –  ten znakomity system pracy z energią rozwijał się w zależności od potrzeb władców i społeczeństwa danej epoki.

I to z niego zrodziło się taichi, kiedy pewien buddyjski mnich, Bodhidharma, (przez Chińczyków nazywany Da Mo), przywędrował z Indii do Chin i ze współczucia do mnichów z góry Shaolin, (mnisi chorowali i łatwo ginęli w czasie napadów na świątynię nie umiejąc się skutecznie bronić), wymyślił bojowe techniki qigongu do polepszenia skuteczności ataku i obrony w walce. Po raz pierwszy zastosował do walki qi wewnętrzne do stylów zewnętrznych. System ten był oczywiście przez wieki modyfikowany, ale sedno tego przekazu zostało: zasada tych walk wynikała z założenia, że nie jest sztuką walczyć, ale sztuką jest uniknąć walki lub skierować siłę przeciwnika przeciwko niemu samemu

Od tego czasu, (VII i VIII w.n.e.), rozpoczął się rozkwit sztuka walki i w zależności od szkół i nauczycieli powstało wiele stylów i form m.in. taichi

 

Podejdź do studni. Obracaj się jak ziemia i księżyc okrążające to, co kochają. To, co okrąża pochodzi ze środka. (Rumi)

 

Wewnętrzny Mistrz prowadzi mnie

Za każdym razem, kiedy miałam okazję opowiadać o qigongu i taichi, padało to samo pytanie, jak to się stało, że zostawiłam swój zawód aktorski i wybrałam coś zgoła innego i mało jeszcze wtedy znanego.

Zawsze uważałam, że najlepsze scenariusze w teatrze, nigdy nie zastąpią tych prawdziwych, pisanych przez ludzkie przeznaczenie i choć moja historia szukania własnej drogi życiowej, z pewnością podobna jest do wielu innych, jeśli tylko może przynieść komuś jakikolwiek pożytek, chętnie się z państwem podzielę.

 Otwierała się przede mną piękna aktorska kariera. Studiowałam pod kierunkiem najlepszych – Łomnickiego, Śląskiej, Świderskiego, Hubnera, Zapasiewicza. Już na studiach dostałam angaż w Teatrze Ateneum i jednocześnie w tym samym sezonie zaczęłam występować w elitarnym Kabarecie „Dudek”. Ponieważ nie obawiałam się ciężkiej pracy, bo robiłam to, co kocham, sukces miał przyjść sam, z pasją grania. Wszystko toczyło się naturalnie, oprócz czegoś, co utrudniało mi życie. Nie radziłam sobie z emocjami. To, co pomagało w teatrze, przeszkadzało w życiu. W wieku 26 lat wyjechałam z grupą teatralną na występy, po raz pierwszy do USA. Upewniłam się jedynie w tym, że ludzie wszędzie, choć na przeróżne sposoby, poszukują tego samego: ‘jak być szczęśliwym”. Zapragnęłam zająć się tym, co u mnie w środku dokucza i boli i dociec czy można żyć w zgodzie ze sobą i znaleźć odpowiedzi, które umożliwiłyby mi dotarcie do samej siebie. Chciałam rozpoznać, czym jest przeznaczenie, nie rozumiane jako nieuchronne fatum, ale to najbardziej zwykłe, ludzkie przeznaczenie i czułam, że musi być w tym wszystkim jakiś klucz.. Zaczęłam od astrologii. Dotarłam do mądrego i doświadczonego człowieka, (stał się moim pierwszym nauczycielem astrologii), dzięki któremu zaczęłam ćwiczyć jogę oraz poznawać przekazy duchowych mistrzów. Cieszyłam się, że nie trzeba iść do klasztoru, aby wzrastać duchowo, (wiedza potrzebna do szczęścia okazuje się być w nas), a i szukać daleko, bo tu, gdzie się jest, zawsze mamy coś do zrobienia. W astrologii znalazłam odpowiedzi na swoje pytania. Dosłownie poczułam ‘dygot własnej duszy’, otrzymując potwierdzenie że moje tęsknoty, aby odnaleźć głębszy sens życia, są normalne i mogą być spełnione i, że moim przeznaczeniem jest to zrealizować i pracować dla ludzi, przekazując i dzieląc się swoim doświadczeniem. Początkowo myślałam nawet, że może chodzi o nauczanie aktorstwa w Akademii Teatralnej, ale to dotyczyło czegoś bardziej oczywistego, czego intuicyjnie głębiej lub mniej, poszukuje przecież każdy z nas: znalezienia spokoju umysłu i serca.

Teatr stawał się coraz bardziej obcy. Pewnego dnia wszystko się zmieniło. Próbowaliśmy „Kupca weneckiego” Szekspira. Na jednej z prób wydało mi się, że nie jestem w tym miejscu, w którym powinnam być, że nie mam tu więcej nic do roboty. Zwróciłam się w sercu do swojego mistrza duchowego RM z prośbą, o wsparcie, abym mogła kontynuować pracę na tej próbie i jakoś się zmobilizowała. I wtedy pojawiło się coś jeszcze gorszego…

Poczułam, że umieram. Doznałam śmierci psychicznej – stanu, w którym dalej żyjesz, ale więzi zostają przerwane, nic cię nie cieszy, nie masz kontaktu z bliskimi i w ogóle z niczym – i nie dlatego, że nie chcesz, ale dlatego, że to jest nieuchronne by rozpoznać wszelkie iluzje i te dotyczące więzów i własnej odrębności. Wtedy musisz po prostu przez to przejść, bo niejako dostajesz potwierdzenie, że nie ma innej drogi, że wszystko kręci się w kółko, a my powtarzamy ciągle, choć w innych przebraniach i maskach , te same gry, te same manipulacje i te same nieprzepracowane emocje. Poczułam absurdalność swojego zajęcia. Poszłam do dyrektora i …poprosiłam o zwolnienie mnie z etatu w teatrze. Zapytał o powód. –Przestało to mieć dla mnie sens – odpowiedziałam szczerze. Dyrektor pokiwał ze zrozumieniem głową i …wysłał na urlop. Grałam jeszcze kilka lat, ale równocześnie pojawiła się pewność, by podążać za tym, co czuje serce”. Odkąd pamiętam zawsze intuicyjnie szukałam czegoś dla siebie w życiu, by móc się rozwijać, pracować nad sobą, pracować z emocjami. Aktor na scenie wręcz żongluje emocjami, to jego powszedni, acz niewidzialny rekwizyt. Co do mnie, nie miałam problemu z wyrażaniem własnych uczuć i emocji, wręcz przeciwnie; to one stanowiły problem dla mnie, ponieważ utrzymywały moje ciało w nadmiernym i zbyt obciążającym psychikę i ciało napięciu. (Już sam charakter pracy zawodowej: próby i spektakle w teatrze, na planie filmowym, radio i inne występy, jest nieregularny i wymagający). Od strony twórczej to było bardzo dobre, od strony zdrowotnej zbyt wyczerpujące. To dlatego szukałam technik, które pomogłyby mi poradzić sobie z tym. Tak trafiłam na starożytną chińską sztukę taichi i qigong. (Oprócz  kilku najważniejszych dobrodziejstw jakie daje, czym podzielę się w drugiej części, odpowiadała mi również i z takiego powodu, że nie wymaga ćwiczeń wysiłkowych, a jednocześnie nieodzowne w niej jest bycie w ruchu).

Całkowicie podporządkowałam swoją codzienność praktyce duchowej, pracy z ciałem, świadomemu i zdrowemu stylowi odżywiania się. Palił się we mnie duch oddania dla ‘Ducha’, dosłownie i w przenośni, bo żyjąc na tak wysokich obrotach i w nadmiarze wymagań stawianych samej sobie, naprawdę się spalałam. Choć wydawało mi się, że wzięłam życie w swoje ręce, będąc w pełni kobiecych i człowieczych sił, właśnie wtedy, najmniej oczekiwanie, ‘uporządkowany’ los zrobił  unik i przyszedł jeszcze mocniejszy cios. (Jest takie powiedzenie, chyba tureckie: kiedy wybudowałeś dom i wykończyłeś go idealnie, szykuj się na przeprowadzkę. Podobny sens ma końcowa scena z dramatu Arthura Millera, pt. „Śmierć komiwojażera”, w której, żona, stojąc nad grobem tytułowego bohatera, mówi: ‘Nie rozumiem jak mogłeś odejść właśnie teraz, kiedy spłaciliśmy ostatnią ratę za dom”).  

W wieku 35 lat rozpoznano u mnie nieuleczalną chorobę. To wywróciło moje życie do góry nogami. Po 12 latach pracy w teatrze, w 3 miesiące po tej diagnozie podjęłam ostateczną decyzję rozwiązania umowy w teatrze, choć jakiś czas pozostawałam jeszcze w życiu zawodowym. Od tej pory, całe lata trwało poczucie porażki, dramatyczne poszukiwanie spełnienia w związku miłosnym i pragnienie dziecka i pełen cierpienia proces akceptowania choroby i z jednoczesną walką, ażeby ją pokonać . Kolejne błędy wynikające z bagatelizowania i niezrozumienia jej, kończące się szpitalami i kolejne lekcje pokory i nieustannego powrotu do jeszcze większej dyscypliny. Przy czym nie chodziło tu o porażkę z powodu rozczarowania swoją decyzją i wyborem drogi życiowej, ale o to, że przecież robiłam wszystko, żeby zdrową być 🙂

 

Qigong moje koło ratunkowe

Przez te wszystkie lata kontynuowałam praktykę taichi i qigong prowadząc grupy i ani na chwilę nie przerwałam swojej. Przeniosłam jedynie akcent z uczenia form taichi na qigong. Śmiało mogę powiedzieć, że pomógł mi przetrwać najtrudniejsze kryzysy zdrowotne i czynił ciche cuda…